SŁOWO NA NIEDZIELĘ EXTRA #8 – Mateusz Dzioban

Trenował z najlepszymi zawodnikami na świecie. Jest w kontakcie z cenionymi agentami w NFL. Wielki talent, a zarazem człowiek, który w młodym wieku był świadkiem śmierci dziadka. Długo wychowywał się bez ojca. Ma nadzieję, że wkrótce będzie miał na nazwisko Kalinowski. Zapraszam na spotkanie z Mateuszem Dziobanem, od sezonu 2018 graczem Primacol Lowlanders Białystok.

Trochę pogrzebię w twojej pamięci. Swoją przygodę z Polską Ligą Futbolu Amerykańskiego zacząłeś w Warsaw Spartans B. Pierwszym meczem w jakim wystąpiłeś, jako szesnastolatek, było spotkanie z Warsaw Werewolves. A ty zagrałeś jako rozgrywający i miałeś podanie na przyłożenie. Pamiętasz to spotkanie?

Oczywiście. Co do tej akcji, to miałem wtedy rozpisany play na skrzydłowego, do którego miałem rzucić. A ostatecznie podałem w drugą stronę do Huberta Rokity, naszego biegacza, któremu udało się zameldować z przyłożeniem. Wcześniej w tym meczu grałem jako skrzydłowy, jeszcze w pierwszej połowie. Ale po rozmowie z trenerem przesunięto mnie na rozgrywającego. I wysoko wygraliśmy 18:0. Fajne wspomnienia. (śmiech)

Warto dodać, że to był normalny mecz seniorski.

Grało wielu bardzo dobrych zawodników. Nie była problemem dla mnie gra z seniorami, bo zawsze z nimi trenowałem. Nie grałem w Spartans w Toplidze, bo przepisy tego zakazywały, ze względu na mój wiek. Ale w PLFA II występować już mogłem. Wracając jednak do tego pierwszego spotkania, później już nie grałem jako rozgrywający. Przesunięto mnie już niemal wyłącznie na skrzydło i jakoś mi to średnio wychodziło. Byłem w zespole, ale nie byłem ze swojej postawy na boisku zadowolony.

Uważasz, że start w tak młodym wieku ci pomógł, czy raczej zaszkodził?

To był najlepszy możliwy wybór. Uczyłem się na błędach. Treningi rozpocząłem w wieku 15 lat, a już po 16. urodzinach zagrałem mecz. A futbol wpadł mi do głowy gdzieś wieku 14 lat. Wcześniej grałem w siatkówkę. Szybko urosłem, bo miałem już wtedy chyba 186 cm wzrostu. Teraz mam tylko cztery centymetry więcej. Wracając do siatkówki. Trenowałem ją od trzeciej klasy podstawówki, do końca gimnazjum. Dodatkowo niewiele spałem, m.in. w lutym 2011 roku, kiedy rozgrywano Super Bowl Green Bay Packers –  Pittsburgh Steelers. Nie oglądałem spotkania na żywo, ale powtórkę. Wtedy poznałem co to jest za sport. Zachwyciłem się tym spotkaniem i stwierdziłem, że za rok SB obejrzę na żywo. Wygrali New York Giants z New England Patriots i niebiescy stali się moją ulubioną drużyną. To był kapitalny mecz. Ta zmyłka Billa Belichicka w ostatnich sekundach meczu i oddanie TD dla Giants, tylko po to by Tom Brady miał szansę jako ostatni mieć posiadanie, to było coś pięknego. Zakochałem się w tym całkowicie, a moimi idolami stali się Victor Cruz i Justin Tuck.

To jak dostałeś się na trening Spartans?

To zabawna historia. Moja mama pracuje w przedszkolu w Kobyłce. Jedno z dzieci tam uczęszczających, miało ojca który trenował futbol amerykański w Spartans – Radka Rykiela. I on kiedyś dowiedział się, że złapałem bakcyla do futbolu i podoba mi się sport, który uprawia. Więc od zawsze mojej mamie wspominał, że ja chciałbym spróbować sił w jego dyscyplinie. Ale mama była zdania, że najpierw muszę skończyć gimnazjum sportowe, więc się jakoś przemęczyłem. Jak poszedłem do liceum to pojawiły się problemy z grą w siatkę. Tydzień nie trenowałem. I tak akurat się złożyło, że będąc z mamą w sklepie zupełnie przypadkowo wpadłem na Radka, który wspomniał, że w weekend jest rekrutacja do Spartans. Po tych słowach mama się na mnie spojrzała… I już wiedziała jaka jest moja odpowiedź. Musiałem się tam pojawić.

Więc za chwilę zameldowałeś się na pierwszym treningu Spartans. Jak go wspominasz?

Ja nie mieszkam w samej Warszawie, a w Kobyłce, więc musiałem trochę dojechać. I tamtego wieczoru wyjechałem na ten try-out i jechałem jakoś wyjątkowo długo. Ale w końcu pojawiłem się pod boiskiem… I tam było już sporo osób. Wielu starszych, a może nawet wszyscy byli dużo „dojrzalsi”. A ja taki dzieciak. Trochę się zestresowałem, bo Radka tam nie było. (śmiech). Zadzwoniłem więc do niego i powiedziałem, że wpadnę może innym razem. Jak on będzie. On ta to bym nie cykorzył. Że wpadnie za 20 minut i mnie wprowadzi. A później wygrałem konkurencje jak najwyższego wyskoku oraz w skoku w dal. Próbowałem też wtedy podnieść 80 kg i niemal się udusiłem (śmiech). I tak już zostałem w zespole.

Później Spartans przestali istnieć i stałeś się zawodnikiem Warsaw Sharks. I od razu rywali miałeś z najwyższej krajowej czołówki, bo mierzyliście się z Panthers Wrocław.

Grając w obronie miałem za zadanie kryć m.in. Dawida Tarczyńskiego. W życiu nie widziałem szybszych nóg. Niby wracał po kontuzji i może nie był w najlepszej życiowej dyspozycji, ale dla mnie był zawodnikiem o kosmicznym poziomie. A mnie do niego przydzielono, bo byłem jednym z najszybszych w zespole. Pamiętam też, że przed meczem szukałem gorącej wody, bo chciałem rozgrzać ochraniacz na zęby. Taki młody, zestresowany. (śmiech)

A do pierwszego zespołu trafiłem po tym jak na jednym z połączonych treningów drużyn A i B złapałem cztery przechwyty po podaniach Karola Żaka. (śmiech) Co najlepsze w tym wszystkim, zrobiłem to intuicyjnie. Nie miałem rozpisanych jego rzutów. Po prostu się ustawiałem i jakoś moje wybory – jak się później okazało – były całkiem niezłe. Wstyd się przyznać, ale tak wyglądały moje pierwsze sezony. Natomiast już ostatni rok, to była niemal wyłącznie taktyka.

Ostatni sezon mieliście kapitalny. Fakt, po zejściu do PLFA I. Ale to defensywa – z tobą w roli głównej – wygrała wam mistrzostwo.

Byliśmy bardzo zżyci. Złapaliśmy pewność siebie. I nawet ostatni mecz, kiedy przez moment wymykał nam się z rąk, to był popis jedności. A mi udało się zostać najlepszym zawodnikiem spotkania. Odebrałem ten tytuł Jarkowi Satkowskiemu z Kings. Śmiał się w Lublinie, jak byliśmy na kadrze, że gdyby zespół z Krakowa wygrał, to pewnie do niego trafiłaby statuetka. Zresztą na tamtym zgrupowaniu bardzo się zaprzyjaźniliśmy i często wymieniamy się materiałami.

W międzyczasie trafił ci się epizod w The Baltic Sea League w barwach Kozłów Poznań.

Zagrałem m.in. w słynnym meczu o trzecie miejsce. Wygranym, co znaczy, że w europejskich pucharach jeszcze nie przegrałem (śmiech). Tamten zespół oparty był na graczach z Poznania, ale występowali też m.in. zawodnicy nieistniejącej już drużyny Outlaws Wrocław. Odbył on się między sezonami 2016/2017, więc też nasza forma też nie była życiowa. Ale doświadczenie było ciekawe i cenne. Więc ta gra też miała swoją wartość.

W przyszłym sezonie zagrasz w Primacol Lowlanders.

Chciałem zagrać w Polsce. Ważyło się wszystko między Seahawks Gdynia, a Primacol Lowlanders. Białystok wybrałem m.in. ze względu na to, że mam tutaj praktycznie połowę rodziny ze strony mojej mamy. I mama tutaj często przyjeżdża. Dodatkowo wiedziałem, że będzie tutaj Marcin Kaim, którego chciałem być młodszą, większą wersją. W Lowlanders jest też Tomasz Żukowski, który jest dla mnie wzorem. Od niego chciałbym wiele się nauczyć. Wiem, że postawi mi bardzo duże wymagania. A osobiście chciałbym razem z Kaimem być najlepszym duetem safety w Polsce.

Był to jednak niezwykle trudny wybór, bo trenera Seahawks – Macieja Cetnerowskiego znam bardzo dobrze. Też jako kolegę, który często mi pomagał, wyjaśniał.

Trafiłeś do zespołu starych kumpli z Sharks.

Dokładnie. Jest tutaj Mikołaj Pawlaczyk, Mateusz Szczęk. Od dawna znam się z Erykiem Mąkowskim. A pierwszy kontakt z Lowlanders, a konkretnie Michałem Maksimowiczem miałem już dwa lata temu. Pewnie przez Jabariego Harrisa, z którym miałem dobre relacje. Wiem, że chciał mnie w zespole, ale wtedy jeszcze odmówiłem, bo uważałem, że jestem za młody na przeprowadzkę.

W międzyczasie, podczas przerwy w sezonie, dużo podróżowałeś po różnych campach.

Najpierw byłem we Włoszech. Świetny camp, trwał cztery dni. Byłem tam na zaproszenie Ricka Tredici, a dostałem je po półfinale PLFA I. Co ciekawe, nie znałem go wcześniej. Dodał mnie po prostu do znajomych na facebooku i zapytał, czy nie chciałbym skorzystać z takich zajęć.
Na miejscu okazało się, że prowadzącym zajęcia był m.in. Mike Singletary.

O klasie tego wydarzenia, które odbywa się od wielu lat, świadczy fakt, że rok wcześniej był tam mój ulubiony rozgrywający Joe Montana. Wracając do Mike’a, miałem z nim nawet indywidualne zajęcia. Takie dwudziesto-trzydziesto minutowe. Natomiast po każdym treningu były dłuższe rozmowy. Między innymi na temat czytania zawodników, motywacji. Na campie byli też inni trenerzy z przeszłością w NFL, m.in. safety z St. Louis Rams i Washington Redskins – Oshiomogho Isaac „O.J.” Atogwe. Z nim nawet się ścigałem na czterdzieści jardów i minimalnie byłem szybszy. (śmiech) Nawet sobie nie wyobrażasz jak się zdziwił. Mam z nim teraz świetny kontakt i przez to ciekawe plany. Ale jeszcze nie po tym sezonie. Chcę za rok chcę wrócić na kolejną edycję campu, by trenerzy ocenili czy zrobiłem progres. Przez to przytyłem siedem kilogramów. Szczyt formy planowany jest na koniec fazy zasadniczej LFA.

Wyjazd ten kosztował mnie około półtora tysiąca złotych. Ale miałem już tam wszystko zapewnione. Wraz z noclegiem i jedzeniem. Mama pomogła mi finansowo przy tym wyjeździe. Chociaż bała się trochę, bo był to mój pierwszy, poważny wyjazd za granicę.

A dojechałeś tam autobusem.

Wiesz, jak trenerzy dowiedzieli się, że jestem z dalekiej Polski oraz że drogę około 1 700 km pokonałem autobusem, przy moim wzroście, to wiedzieli że mi zależy. Myślę, że dlatego byli dla mnie tak pomocni. A ja nie chciałem pokazać im jakiejś słabości i dawałem z siebie wszystko. Motywowało mnie to, że dostaję polecenia od takiego zawodnika jak Mike, którego podziwiałem do tej pory tylko w NFL Films. Może to dziwnie zabrzmi, ale czasami – szczególnie na początku – wpatrywałem się w niego jak w obrazek. Imponowało mi w nim też to, że mimo już kilku dobrych lat poza grą w NFL, dalej jest głową na boisku. Jest niesamowity. Cały czas słyszałem przewijający się jego głos.

Po intensywnym campie wsiadłeś ponownie w ten niewygodny autobus i wracałeś do Polski. Powiedz jakie miałeś myśli?

Czułem, że nauczyłem się bardzo dużo. Zebrałem mnóstwo kontaktów. Nawet zapisałem się w historii campu, bo w opinii trenerów zostałem nieoficjalnym rekordzistą pod względem przechwytów. Teraz tego nie pamiętam, ale pewnie łapałem ich przynajmniej siedem dziennie. Dostałem tam też pierwszą propozycję gry za granicą – z drugiej dywizji włoskiej. Było to bardzo miłe. Dużo usłyszałem słów m.in. od Mike’a, po tym jak zobaczył moje taśmy meczowe, że nieźle rokuje. Ale dopiero takie propozycje dały mi dowód, że nie są to tylko dżentelmeńskie słowa.

Myślałem też o takich małych rzeczach. Podczas jednej z akcji zatrzymałem ostro rywala. Niepotrzebnie się zapędziłem i oczywiście za to przeprosiłem. Ale O.J. do mnie po cichu szepnął – jak przechodziłem obok niego – że to było zajebiste (śmiech). Zobacz też tę akcję.
(Mateusz pokazuje poniższe zdjęcie)

Tu tego tak do końca nie widać, ale wybiłem piłkę. To chyba było moje najlepsze zagranie campu. Było co wspominać.

Jak doszło do tego, że zagrałeś chwilę później w Meksyku, jako zawodnik Europe Warriors?

Dostałem zaproszenie by zagrać w tym meczu tydzień po finale PLFA I. Ale tematem interesowałem się już od kwietnia. Pisałem nawet do organizatorów, przez jedną z płatnych stron dla zawodników. Po czasie okazało się, że znajomy naszego rozgrywającego Luka Zetazate był dyrektorem sportowym zespołu. Przez niego porozmawiałem z organizatorem. Dosłałem mu przygotowany przez Denisa Czarzastego z BoxVideos highlights. I zostałem Warriors.

Tutaj wyjazd był jednak zdecydowanie droższą inwestycją. Musiałem odłożyć około osiem tysięcy złotych. Oczywiście ponownie gdyby nie mama, to nie byłoby mowy o wyjeździe, bo to ona dała mi dużą część pieniędzy. Co prawda zrobiłem zbiórkę, ale dołożyło mi się do niej niewiele osób. Zebrałem trochę ponad dwa tysiące złotych, z czego 800 zł wysłał mój kuzyn. Widocznie bardzo wielu uważa, że nie jestem dobrym zawodnikiem. Bardziej drugoplanowym tłem. Dlatego ten okres dużo we mnie zmienił. Nawet sobie nie wyobrażasz jak jestem teraz zmotywowany.

Kiedy dowiedziałeś się, że oprócz ciebie będzie też tam zawodnik Panthers Wrocław – Szymon Adamczyk?

Około tydzień przed wyjazdem. Bardzo się z tego ucieszyłem. Nie znaliśmy się przed wyjazdem jakoś dobrze, oprócz boiska. Kojarzyłem go natomiast jako zawodnika. To jeden z najlepszych defensorów w kraju. I to też było fajne. Miałem okazję w ojczystym języku porozmawiać z takim graczem. Ale przylecieliśmy oddzielnie. Ja dzień wcześniej z trzema innymi zawodnikami (dwóch Amerykanów i jeden Włoch – przyp. red.) wynająłem pokój na jedną noc i zwiedziłem trochę Meksyk (śmiech). A następnego dnia zameldowałem się już hotelu, który zapewnił nam organizator. Był kapitalny. Będąc tam dosłownie czułem się jak celebryta (śmiech)

I w sumie nasza drużyna liczyła około pięćdziesięciu zawodników. W pokojach podzielono nas pozycjami. Przez tydzień nie zmarnowaliśmy żadnej godziny. Wszystko było rozplanowane. Jednym z trenerów był m.in. Michael Wood w przeszłości związany z Ohio State University, a ostatnio trener Milano Seamen. Nie można było na nic narzekać.

Jak wspominasz spotkanie z Pumas CU?

Było trochę chaosu. Ale to normalne. My się nie znaliśmy. Trenerzy też się oswajali z nami tylko kilka dni. Zapamiętałem to spotkanie jak bardzo twardy mecz. Udało mi się tam zaliczyć kilka dobrych akcji, ale ostatecznie przegraliśmy różnicą trzech punktów. Szkoda.

Po tym spotkaniu dostałeś kilka propozycji gry za granicą.

Nawet wcześniej, bo w sezonie miałem rozmowy z zawodnikami Frankfurt Universe, czy miałbym ochotę zagrać w ich zespole. Podobnie z Kiel Baltic Hurricanes, tylko tutaj już z trenerem. W grze były też zespoły z Holandii, Turcji czy Serbii. Z tego ostatniego kraju dostałem konkretną propozycję z ciekawymi pieniędzmi wpisanymi w umowę, gdzie miałbym zapewnione też mieszkanie i inne sprawy niezbędne do życia. Kontrakt związany był z tym, że poznałem się w Meksyku z importem grającym na Bałkanach.

Kiedyś opowiadałeś mi, że w swoim krótkim życiu sportowym wydarzyły się rzeczy, które trudno jest ci racjonalnie wytłumaczyć. Opowiedz coś o tym.

Po pierwszych sezonach w Sharks dostałem telefon od jednego ze skautów mojej ulubionej ekipy w NCAA – Louisiana State University. Rozmowa dotyczyła tego, czy byłbym zainteresowany uczelnią i ewentualnie w przyszłości – jeśli bym się sprawdził – grą dla niej w futbol. Zaproponował nawet, że mam szansę na stypendium i pokrycie połowy kosztów czesnego do sumy około 30 000 zł. Ale to i tak były dla mnie kosmiczne sumy. Chociaż był moment zawahania. Ostatecznie to było jednak nie do udźwignięcia. Więc podziękowałem za wyróżnienie i rozmowę. On to oczywiście rozumiał i życzył mi powodzenia. Niby ostatecznie – dla kogoś z boku – nie była to jakaś znacząca sytuacja. Ale dała mi mnóstwo motywacji. I jeszcze mi w głowie siedzi, bo mam pewien plan. Po sezonie chciałbym pojechać na prywatne zajęcia do Ryana Clarka, zdobywcy SB i wychowanka LSU.

Dogadałem się z nim na jednym z profili społecznościowych. Clark trenuje zawodników przed Scouting Combine, czy Pro Day. Szkoli też graczy NFL. Zobaczył mój filmik i się zgodził. Podał cennik. Chciałbym spędzić z nim na treningach dwa-trzy tygodnie. Mam nadzieję, że mi się uda znaleźć na to pieniądze. A pewnie będzie to koszt około 600 złotych dziennie.

Inna sytuacja to dostałem pozdrowienia wideo od Landona Collinsa, dzięki znajomości z jednym z zawodników New York Giants.

Niedawno miałem też rozmowy z osobą związaną z Ohio State University. Tu też odmówiłem, a wtedy dostałem wspomnianą wcześniej propozycję gry w Holandii.

Jakie stawiasz sobie następne cele w życiu sportowca?

Chciałbym dostać się na NFL training camps. Robię wiele w tym kierunku. Rozmawiałem z sporą grupą osób związaną z ligą w USA i powiedzieli mi, że w moim przypadku to nie jest nierealne. Ostatnio kontaktowałem się z agentką AthletesFirst – Savanną Foster. Jej agencja zarządza m.in. karierą Jalena Ramsey’a. Opowiedziałem jej o sobie. Dostała moje taśmy. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

Chillin after walk through with @jalenramsey #probowl

Post udostępniony przez Savannah (@sosavy)

Marzeniem jest wybiegnięcie na boisko najlepszej zawodowej ligi świata. Niedawno do NFL wkroczyli zawodnicy z Francji i Niemiec. Więc chcę spróbować. I nie żałować, że temat odpuściłem. A jak się nie uda w NFL, to CFL czyli liga kanadyjska. Wszystko możliwe jest jednak pod warunkiem, że będę zdrowy. Na szczęście miałem w swoim życiu tylko jedną poważną kontuzje, oby ostatnią. Dwa lata temu mieliśmy trening. W jednej z akcji dostałem kaskiem w udo. Czułem, że cos się stało, ale nie myślałem, że jest to coś poważnego. Myślałem, że przejdzie. Zabrałem się wtedy do pociągu i jechałem do Darłowa, to moja rodzinna miejscowość, na komisję wojskową. Przebyłem już sporo kilometrów, ale miałem już tak opięte udo, dodatkowo tak mocno bolało, że nie mogłem jechać. Wysiadłem w Gdańsku. Zadzwoniłem po karetkę, okazało się że pękł mi w udzie mięsień czworogłowy. Lekarze zastanawiali się jakim cudem przebyłem tyle kilometrów (śmiech). Po tej kontuzji miałem problem z powrotem do najwyższej dyspozycji. To już jednak przeszłość.

Legenda głosi, że istnieją barmani, którzy nie piją alkoholu, a ty jesteś na to dowodem, potwierdzasz?

(śmiech) Bardzo mało spożywam alkoholu. Nawet pracując w tym zawodzie, gdzie alkohol jest wszędzie, praktycznie nie piłem. Na pierwszej imprezie z Primacol Lowlanders – przy Super Bowl – wypiłem tylko symbolicznie. Natomiast swoje pierwsze pieniądze zarobiłem jako sprzedawca róż nad morzem. Jeszcze jako dzieciak. To było chyba w szóstej klasie. I za te pieniądze kupiłem sobie pierwsze, bardzo dobre buty do siatkówki. A już pierwsze do futbolu amerykańskiego dostałem od kolegi. Były używanie i jak ktoś bardzo chciał, to mógł dostrzec, że są tam pewnie nawet małe dziurki. Ale dla mnie one były najlepsze. I mam je nawet do teraz w szafie. Wracając do tematu mojej „kariery” zawodowej, pracowałem też m.in. na siłowni w dziale sprzedaży. Czasami na recepcji. Okazyjnie na ochronie. A teraz szukam pracy w Białymstoku.

Czyli już prawie na dobre zameldowałeś się w stolicy Podlasia. A dziewczyna została w Warszawie.

Mama zawsze się z tego śmieje. Zresztą kumple też. Bo jak grałem w Warszawie to nie miałem dziewczyny. A jak tylko podpisałem kontrakt z Promacol Lowlanders i jasne było, że się przeprowadzę, to około dwa miesiące później pojawiła się dziewczyna. I musze dojeżdżać do Warszawy (śmiech). Na szczęście nie jest daleko. Ona też czasami wpada do mnie, więc jakoś sobie radzimy. (śmiech) Też mnie rozumie, bo trenowała dwanaście lat karate.

Jesteś też idealnym współlokatorem dla swoich kolegów z zespołu, bo masz długi i mocny sen.

Bardzo mocny. W dzieciństwie bardzo trudno było mi usnąć i się z niego wyrwać. Zresztą z tych problemów ze snem cały czas wychodzę. Biorę leki i jest lepiej. Ale zwykłe szturchanie mnie nie obudzi. Dzięki temu Bartłomiej Trubaj śmiało może robić sobie poranne szejki. (śmiech)

Co sprawiło, że jesteś tak mocny psychicznie?

Pewnie dlatego, że życie – wbrew pozorom – dało mi trochę w kość. W wieku czterech lat przeprowadziłem się z rodzicami z Darłowa do Kobyłki. I tam już zostałem na wiele lat. Rodzice się rozeszli. Z ojcem miałem bardzo słaby kontakt. Praktycznie od dwóch lat kontaktu nie ma już wcale. Wychowywałem się tylko z mamą.

Będąc w czwartej klasie podstawówki na moich oczach umarł dziadek. Wcześniej też miał taki mały zawał, jak byłem sam w domu. Zadzwoniłem po karetkę, podałem mu leki, które brał zawsze, delikatnie go podniosłem i do przybycia lekarzy mu się uspokoiło. Natomiast następny zawał – kiedy w domu było już dużo więcej osób – skutkował śmiercią. Niespodziewanie, bo czuł się wtedy zdecydowanie lepiej. Przyjechała nawet rodzina ze Stanów Zjednoczonych. Zasłabł w kuchni.

A ponad miesiąc przed tym zdarzeniem – trenując jeszcze siatkówkę – obiecałem dziadkowi, że zrobię wszystko by zagrać reprezentacji kraju. I w Lublinie to się spełniło. Szkoda, że w takiej atmosferze, wielu śmiało się wręcz z tego, że śmiemy nazywać się kadrą Polski. Ale trudno. Dla mnie był to najważniejszy mecz w życiu, dodatkowo wygrany.

Teraz bardzo cieszy mnie też to, że mama pojawia się na moich meczach. Że przekonała się o tym jak jest to ważna część mojego życia. Sama oddała mi się całkowicie, wychowywała jak najlepiej potrafiła i myślę, że jest teraz szczęśliwa.

Jest jeszcze jedna sprawa, którą muszę załatwić. Ale wiem, że muszę do niej chyba jeszcze chwilę dorosnąć. Chciałbym zmienić nazwisko na to, które ma mama i być Mateuszem Kalinowskim. Z kilku względów. Raz ma to dla mnie wartość emocjonalną, a dwa… Myślę, że jest ładniejsze i by się lepiej przyjęło Amerykanom wpisującym mnie w roster np. Chicago Bears. (śmiech).

Przez te wszystkie przejścia udowodniłem sobie, że mało rzeczy potrafi mnie złamać.

 
My biggest supporter 👸🏻🏈 Post udostępniony przez Mateusz Dzioban (@maatteox)

autor: Karol Potaś foto: Marcin Fijałkowski

Leave a Reply