15 letnia droga do Polish Bowl XVI

Godziny dzielą nas od zwieńczenia szesnastego sezonu na najwyższym futbolowym szczeblu w Polsce. W Polish Bowl XVI wystąpią Bydgoszcz Archers oraz Tychy Falcons i już teraz możemy być pewni, że nowy mistrz Polski po tytuł ten sięgnie po raz pierwszy w swojej historii. Co więcej, obie te ekipy po raz pierwszy w ogóle dostąpią zaszczytu gry w starciu o taką stawkę. A kogo oglądaliśmy w poprzednich finałach?

2006

To wówczas rozpoczęła się trwająca do dzisiaj historia ligowej rywalizacji o mistrzostwo Polski. Uczestnikami pierwszego sezonu futbolowego byli The Crew Wrocław, Fireballs Wielkopolska, Pomorze Seahawks oraz Warsaw Eagles. Areną I Polish Bowl stał się stadion Marymontu w Warszawie. Pierwszego w historii mistrza Polski poznaliśmy 12 listopada 2006, a zostały nim stołeczne „Orły”. Warszawianie zanotowali perfekcyjny sezon, komplet czterech zwycięstw dał im trofeum, a finałowe starcie z Seahawks było potwierdzeniem dominacji Eagles w tamtym czasie. Choć pierwsza kwarta zakończyła się wynikiem 6:6, z każdą kolejną upływającą minutą stołeczna ekipa prezentowała się znacznie lepiej od rywali znad morza. 24:6 do przerwy i 34:6 na koniec meczu dało Eagles pewne zwycięstwo na oczach około 1300 widzów zgromadzonych przy Potockiej 1. Przyłożenia w Polish Bowl I zdobywali Adam Zając, Adam Nawrocki, Marek Włodarczyk, Piotr Osuchowski i Jędrzej Stęszewski, a kopacz Piotr Gorzkowski dorzucił cztery „oczka”, notując field goal i celne podwyższenie. Autorem honorowego touchdownu dla Seahawks z pierwszej kwarty został natomiast Krzysztof Toruński. MVP wybrano Adama Zająca.

2007

Po raz drugi z rzędu mecz finałowy odbył się na stadionie Marymontu. Skład starcia o mistrzostwo był jednak całkowicie inny, niż 11 miesięcy wcześniej. Żadnej z ekip biorących udział w II Polish Bowl nie udało się także dotrzeć tam bez zaznania goryczy porażki. Skład PLFA w 2007 roku był bowiem znacznie większy. Do rywalizacji o mistrzowski tytuł przystąpiły nie cztery, a aż dziewięć klubów. Ostatecznie 14 października 2007 roku przy Potockiej zmierzyli się wrocławscy The Crew, którzy w sezonie zasadniczym przegrali tylko raz – u siebie z Warsaw Eagles, oraz AZS Silesia Miners, którzy także ulegli „Orłom” i to dwukrotnie. W półfinale Ślązacy zrewanżowali się jednak ówczesnym obrońcom tytułu, co dało im przepustkę do pojedynku o złoto. Faworytami finału była bez dwóch zdań „Załoga”, co zawodnicy z Dolnego Śląska potwierdzili na murawie. Wynik starcia finałowego 18-jardowym biegiem otworzył rozgrywający Krzysztof Wydrowski, samodzielnie podwyższając po chwili także za dwa punkty. W drugiej kwarcie posłał on także celne podanie do Mateusza Grzędzińskiego, a ten zanotował touchdown. Po drugim udanym podwyższeniu Wydrowskiego za dwa, wrocławianie zeszli do szatni prowadząc 16:0. Po przerwie kibice przyłożeń już nie oglądali, lecz The Crew zdołali jeszcze ustalić wynik na 18:0 za sprawą safety Piotra Szczepańskiego. Defensor w ostatniej kwarcie powalił w polu punktowym rozgrywającego Miners, Bartłomieja Jagnuszewskiego. Pawłowi Wojcieszakowi nie udało się w finale zdobyć punktów, lecz to on dzięki wielu udanym akcjom biegowym, dającym pierwsze próby został wybrany MVP Polish Bowl II.

2008

Trzeci mecz o mistrzostwo Polski nie odbył się już w stolicy, a na Stadionie Olimpijskim, który wówczas wyglądał zdecydowanie inaczej, niż aktualnie. Podupadający wówczas obiekt gościł w starciu o złoto te same ekipy, które mierzyły się w finale dwa lata wcześniej. Co ciekawe, Eagles i Seahawks w półfinałach odprawili z kwitkiem obie wrocławskie drużyny – The Crew i Devils, wobec czego stolica Dolnego Śląska mimo goszczenia po raz pierwszy pojedynku o mistrzostwo, w finale nie miała swojego przedstawiciela. Rozstrzygnięcie SuperFinału również okazało się identyczne jak w 2006 roku – 18 października 2008 roku Warsaw Eagles pokonali Seahawks, zdobywając drugie mistrzostwo kraju w swojej historii. Tym razem jednak pojedynek o złoto okazał się zdecydowanie bardziej wyrównany niż w 2006. O triumfie „Orłów” zadecydowała przede wszystkim ostatnia kwarta, w której udało im się wywalczyć 20 punktów. Finał rozpoczął się od remisowej pierwszej kwarty, a jako pierwszym po zmianie stron udało się zapunktować „Jastrzębiom”. Daniel Kokoszka złapał 8-jardowe podanie Macieja Siemaszko, rozgrywający Seahawks udanie podwyższył kopnięciem i zawodnicy z północy Polski wyszli na prowadzenie. Mogło ono trwać bardzo krótko, bowiem kilka minut później Jakub Zduń wykorzystał 15-jardowe podanie Wojciecha Krzemienia, lecz Eagles nie zdołali podwyższyć po przyłożeniu, wobec czego w połowie finałowego starcia futboliści z Pomorza mieli minimalne prowadzenie. Atak warszawian na dobre rozwinął skrzydła dopiero w czwartej odsłonie tego meczu. Przyłożenia zdobyli Piotr Osuchowski, Piotr Gorzkowski i Zbigniew Smyczyński, a kopnięciem po razie celnie podwyższyli Gorzkowski i Mariusz Kwieciński. W ostatniej kwarcie Seahawks było stać tylko na touchdown Tomasza Moskala i podwyższenie Macieja Siemaszko, co sprawiło, że Eagles mogli triumfować 26:14. Tytuł MVP trafił w ręce rozgrywającego warszawian Wojciecha Krzemienia, który popisał się między innymi dwoma podaniami na przyłożenie.

2009

17 października 2009 odbył się ostatni mecz o mistrzostwo rozgrywany na jesieni. Po roku przerwy finał wrócił na Marymont, a jego skład był identyczny, jak podczas poprzedniego starcia o złoto, rozgrywanego w 2007. Powtórki mistrzostwa The Crew jednak nie było. Mimo że wrocławianie do przerwy prowadzili 7:6 z AZS Silesia Miners, ostatecznie trofeum pojechało na Śląsk. W pierwszej kwarcie prowadzenie „Górnikom” dał Tadeusz Oko, po którego przyłożeniu zawodnicy ze Śląska nieudanie próbowali podwyższać akcją podaniową. Zemściło się to w drugiej kwarcie, kiedy Rafał Łysiak posłał podanie do Piotra Nawrota, a ten wyrównał stan rywalizacji. Kamilowi Rucie udało się celnie kopnąć i na tamten moment to wrocławianie byli bliżej powtórzenia sukcesu sprzed dwóch lat. Druga połowa należała jednak do Ślązaków. Już pierwsza akcja po powrocie z szatni dała Miners prowadzenie po efektownej akcji powrotnej Artura Loncierza, który przebiegł niemal całe boisko wykonując return po kickoffie. To efektowne zagranie zapewniło mu zresztą potem tytuł MVP starcia finałowego. W końcówce trzeciej kwarty touchdown zanotował także po akcji biegowej Grzegorz Suder, jak się później okazało ustalając wynik Polish Bowl IV na 18:7 dla AZS Silesia Miners

– O naszym zwycięstwie zadecydowała przede wszystkim kondycja. Byliśmy bardzo solidnie przygotowani pod względem fizycznym, ale także psychicznym. Spędziliśmy wiele godzin na oglądaniu zapisów z meczów The Crew i staraliśmy się jak najlepiej ich rozpracować. Graliśmy głównie dołem, ponieważ chciałem uniknąć konfrontacji z grającym w The Crew na pozycji safety Pawłem Świątkiem. Poza tym duet Jaguszewski – Szrejber jest dobrze znany, dlatego próbowałem oprzeć atak na innych zagrywkach – na biegach Grzegorza Sudera – mówił po wygranym mistrzostwie Jeff Shiffman, ówczesny trener AZS Silesia Miners w rozmowie ze „sportslaski.pl”.

2010

W piątym finale PLFA wreszcie Wrocław doczekał się tego, na co pracowano przez kilka poprzednich lat. O mistrzostwo Polski zagrali w bezpośrednim pojedynku The Crew oraz Devils. Derbowe starcie smakowało wyjątkowo, bowiem rozgrywane było w stolicy Dolnego Śląska, tym razem jednak nie na Stadionie Olimpijskim, a na kameralnej Oławce. Obie wrocławskie ekipy dosłownie zdemolowały swoich półfinałowych rywali, a Devils 24 lipca 2010 roku stanęli przed szansą bycia drugą w historii, obok Warsaw Eagles drużyną, która zanotuje perfekcyjny sezon. Sztuka ta im się udała, choć przez większość pierwszej połowy wcale się na to nie zanosiło. Już pierwsza seria ofensywna The Crew przyniosła touchdown Marka Philmore’a, podwyższony kopnięciem przez Kamila Rutę. Niedługo później „Diabłom” udało się wyrównać za sprawą krótkiego biegu Krzysztofa Wydrowskiego i podwyższeniu Krzysztofa Wisa. Później o wiele skuteczniejsi byli jednak mistrzowie z 2007 roku. Pierwsza kwarta zakończyła się prowadzeniem podopiecznych Jasona Blasko 14:7 dzięki udanej akcji podaniowej duetu Mark Philmore – Telley Chelley oraz kopnięciu Kamila Ruty. W drugiej kwarcie było już nawet 21:7 dla The Crew po biegowym przyłożeniu najlepszego running backa sezonu 2010 Jakuba Płaczka i udanemu kopnięciu za jedno „oczko” Ruty, lecz czternaście punktów okazało się za małą przewagą, by sięgnąć po mistrzostwo. Devils swój comeback rozpoczęli jeszcze przed przerwą. 24-jardowy field goal Krzysztofa Wisa oraz podaniowy touchdown Grzegorza Mazura, podwyższony przez Wisa sprawiły, że przewaga „Załogi” stopniała do zaledwie czterech „oczek”. W drugiej połowie punktowali już tylko Devils. Ta część meczu zaczęła się dla nich idealnie, bowiem efektowną, 90-jardową akcją powrotną po kickoffie popisał się Daniel Delahoussaye, wyprowadzając tym samym „Diabły” na prowadzenie. Kopnięciem podwyższył Krzysztof Wis, który w końcówce starcia finałowego „dobił” jeszcze The Crew drugim w tym meczu 24-jardowym field goalem, ustalając wynik Polish Bowl V na 26:21. MVP tego pojedynku został Dawid Tarczyński, który choć na listę punktujących w finale nie zdołał się wpisać, to był najczęstszym adresatem podań Krzysztofa Wydrowskiego, w całym meczu zapewniając ponad 100-jardowy zysk.

2011

Pierwsze w historii starcie określane mianem SuperFinału odbyło się na Dolnym Śląsku, lecz tym razem nie we Wrocławiu, a w nieodległej Bielawie. Po raz drugi z rzędu uczestnikami starcia o złoto okazali się wrocławscy The Crew i Devils. Finał z 17 lipca 2011 wyznaczył nową jakość w futbolu amerykańskim w naszym kraju. Profesjonalnie przygotowana murawa oraz odmalowany bielawski stadion, a przede wszystkim transmisja telewizyjna w „Sportklubie” sprawiły, że ranga VI SuperFinału znacznie wzrosła. Aktorzy finałowego spektaklu stanęli na wysokości zadania, zapewniając kibicom widowisko, które wspominane było latami, a przez wielu po dziś dzień uważane jest za najlepszy mecz finałowy w historii. W pierwszej kwarcie wynik otworzył po akcji podaniowej Christopher Washington, a podwyższył Krzysztof Wis, lecz druga część meczu należała już do „Załogi”. Dwa przyłożenia Marka Philmore’a oraz jedno Justina Walza w połączeniu z dwoma celnymi podwyższeniami Kamila Ruty dały wynik 20:7, co wielu kibicom The Crew mogło przywrócić przykre wspomnienia z poprzedniego roku, kiedy mimo niemal identycznego wyniku w drugiej kwarcie, „Załoga” ostatecznie przegrała z „Diabłami”. Tym razem powtórki triumfu Devils nie było, choć niewiele do tego brakowało. Trzecia kwarta przebiegała pod znakiem odrabiania strat przez obrońców tytułu. Sześć punktów zapewnił Grzegorz Mazur, za dwa podwyższył Tomasz Tarczyński, a z 32 jardów celnie na bramkę kopnął za trzy Krzysztof Wis. W ostatniej odsłonie demony The Crew z ubiegłego roku powróciły, bowiem na prowadzenie za sprawą przyłożenia Piotra Wisa wyszli Devils, którzy podwyższyli jeszcze po akcji podaniowej Christophera Washingtona. Tym razem jednak „Załoga” nie popełniła błędu z V Polish Bowl, punktując w czwartej kwarcie. Do remisu 26:26 doprowadził solowym biegiem rozgrywający Justin Walz, a minimalną przewagę podopiecznym Jacka Walluscha zapewnił udanym kopnięciem za jedno „oczko” Kamil Ruta. Nie był to jednak koniec tego pojedynku, a atmosferę końcówki VI SuperFinału najlepiej oddał w swojej książce Piotr Bera.

Koniec emocji? Skądże! Devils systematycznie zbliżali się do pola punktowego rywali. Do końca meczu zostały sekundy, gdy Krzysztof Wis stanął przed szansą wpisania się do historii futbolu w Polsce, niczym rozstrzygający Super Bowl swoimi kopnięciami legendarny Adam Vinatieri. Od bramki dzieliło go 29 jardów. Taka odległość nawet na poziomie PLFA nie powinna stanowić problemu, a trzy punkty dałyby „Diabłom” wymarzone zwycięstwo. Na trybunach wrze, Wis szykuje się do kopnięcia, gdy… słychać gwizdki, a na murawę upadają żółte flagi. Falstart ofensywy, cofamy się o 5 jardów. Kolejna próba, Wis gotowy i… kolejny gwizdek. Tym razem przerwa na żądanie, wywołana przez Walluscha. Na trybunach stan przedzawałowy. Do trzech razy sztuka? Nie! Znów gwizdki, znów flagi, znów falstart! Ofensywni liniowi Devils nie wytrzymali emocji. Wytrzymał je za to Wallusch, który, gdy Wis był wreszcie gotów do kopnięcia już z 39 jardów… poprosił o kolejny time-out! Było to możliwe, bowiem dwie przerwy przedzieliła kara. Czwarte wytrącenie z rytmu to było zbyt wiele dla jednego z najbardziej doświadczonych futbolistów Devils. Przed kolejną próbą Wis wziął głęboki oddech, uderzył mocno i wysoko, ale piłka przeleciała tuż obok lewego słupka bramki. To był koniec. The Crew wygrali 27:26 mecz, który przeszedł do legendy polskiego futbolu. Zawodnicy „Załogi” rzucili się sobie w ramiona, a nad głowami płaczących „Diabłów” polał się szampan” – tak w książce „Panthers Wrocław. Amerykański sen o potędze” opisał atmosferę końcówki SuperFinału z 2011 roku Piotr Bera.

Nagrodą MVP tego starcia został uznany Mark Philmore, któremu w bielawskim finale udało się zanotować dwa przyłożenia.

2012

To kolejny przełomowy rok dla futbolowego środowiska. W niecałe 12 miesięcy SuperFinał przeszedł drogę z obiektu KS Bielawianka na Stadion Narodowy. Zabrakło w nim jednak uczestników poprzedniego finału. We Wrocławiu próbowano bowiem doprowadzić do fuzji obu finalistów z 2011, co ostatecznie zakończyło się klęską. Finalnie z The Crew powstali jednak Giants Wrocław, którzy zostali wykluczeni z gry w polskich rozgrywkach, przenosząc się na jeden sezon do ligi czeskiej. Osłabieni Devils zakończyli natomiast pierwszy w historii sezon Topligi na półfinale, ulegając w nim 20:37 Warsaw Eagles. Drugim z finalistów okazali się Seahawks Gdynia, którzy sezon zasadniczy skończyli na pierwszym miejscu w tabeli, a w półfinale łatwo uporali się z Silesia Rebels. VII SuperFinał przeszedł do historii nie tylko z powodu największej po dziś dzień frekwencji na wciąż jeszcze wówczas „pachnącym nowością” Stadionie Narodowym (według oficjalnych danych mecz obejrzało 23 tysiące widzów), lecz również to w 2012 mieliśmy finał, w którym oglądaliśmy najwięcej akcji punktowych. To starcie można było śmiało określić przysłowiem „do trzech razy sztuka”, bowiem „Jastrzębie” ze stołecznymi „Orłami” w finale mierzyli się wcześniej w finale dwukrotnie, dwa razy kończąc zaledwie jako wicemistrzowie. 15 lipca 2012 się to jednak zmieniło. Seahawks nie dali większych szans warszawianom, a wielka w tym zasługa jednego z najlepszych rozgrywających w historii polskich boisk, Kyle’a McMahona. Amerykanin nie miał sobie równych w finale. To on w pierwszej kwarcie wyprowadził gdynian na prowadzenie, którego podopieczni Macieja Cetnerowskiego nie oddali już do końcowego gwizdka. McMahon został wybrany nie tylko MVP meczu finałowego, lecz także najbardziej wartościowym zawodnikiem całej ligi w sezonie 2012. W samym tylko SuperFinale Amerykanin zanotował trzy przyłożenia biegowe, trzykrotnie podawał kolegom, którzy zanotowali touchdown, a także cztery razy celnie kopał przy podwyższeniu. Oprócz rozgrywającego, po stronie Seahawks punktowali również Damian Bijan, Gaweł Pilachowski, Josh Le Duc oraz Sebastian Krzysztofek, któremu udało się zanotować dwa przyłożenia w kluczowym momencie, bowiem w 3. kwarcie Eagles najbardziej zbliżyli się do Seahawks, przegrywając jedynie 30:32. 16-jardowa akcja podaniowa i 38-jardowy bieg „Bambo” z trzeciej części finału spowodowały jednak, że nie oglądaliśmy tak emocjonującej końcówki, jak rok wcześniej. Najskuteczniejszy w szeregach Eagles był na Stadionie Narodowym natomiast ich kopacz, Brett Peddicord. Wybrany najlepszym kickerem sezonu 2012 Topligi Amerykanin zapewnił „Orłom” 7 punktów. Złożyły się na to cztery podwyższenia po przyłożeniach kolegów oraz jeden 35-jardowy field goal. Po sześć punktów za sprawą touchdownów dali warszawskiej ekipie natomiast kolejno Dawid Więckowski, Szymon Modzelewski, Tyrone Landrum, Adam Nawrocki i Kevin Lynch. Było to jednak za mało na świetnie dysponowanych Seahawks, którzy dzięki efektownemu triumfowi 52:37 sięgnęli wówczas po pierwsze – i jak się potem okazało nie ostatnie – mistrzostwo Polski.

2013

Warszawa nie jest najszczęśliwszą lokalizacją finału dla Warsaw Eagles. „Orły” grały tam trzykrotnie i tylko raz, w 2006 roku udało im się odnieść zwycięstwo. Rok po porażce z Seahawks na Stadionie Narodowym, na tym samym obiekcie stołeczny zespół zmierzył się z Giants Wrocław, którzy po roku gry w Czechach mogli wreszcie przystąpić do rywalizacji na krajowych boiskach. Co ciekawe, obaj uczestnicy VIII SuperFinału byli przed swoimi półfinałami niżej notowani, zajmując w grupie północnej i południowej Topligi drugie miejsca na koniec sezonu zasadniczego. Mimo to, Eagles w półfinale uporali się z Devils Wrocław 21:6, a Giants odprawili z kwitkiem obrońców mistrzowskiego tytułu, pokonując Seahawks 35:12. To „Giganci” byli faworytami meczu o mistrzostwo, co udało im się potwierdzić na murawie. Po pierwszej kwarcie, zakończonej bezpunktowym remisem, wynik otworzyła defensywa wrocławian. Paweł Sekuła wykorzystał błąd rozgrywającego rywali, powalając Shane’a Gimzo w jego własnym polu punktowym. Safety – 2:0 dla Giants. W pierwszej połowie ponad 16 tysięcy kibiców zgromadzonych na trybunach Narodowego oglądało tylko jeden touchdown. Jego autorem został po krótkim biegu Jamal Schulters. Po celnym kopnięciu Dawida Pańczyszyna na tablicy pojawił się wynik 9:0 i z takim rezultatem obie ekipy zeszły do szatni. Przerwa wcale nie pomogła Eagles w zmobilizowaniu się do skuteczniejszych akcji w ofensywie. Ponownie 1-jardowy bieg i udane kopnięcie Pańczyszyna dały wrocławianom podwyższenie wyniku o 7 „oczek”. Choć w trzeciej kwarcie Eagles zapunktowali za sprawą Witolda Szpotańskiego i Marcina Łojewskiego, wynik 16:7 nie podciął skrzydła „Gigantom”. Nie pozostawili oni złudzeń w kwestii tego, kto bardziej zasłużył na mistrzostwo Polski. W ostatniej części meczu Jamal Schulters jeszcze dwukrotnie wbiegł w endzone, a raz celnie podwyższył Dawid Pańczyszyn. Przyłożenie Dawida Więckowskiego było jedynie małym otarciem łez dla kibiców Eagles, którzy musieli się pogodzić z drugim z rzędu przegranym finałem we własnym mieście, tym razem wynikiem 13:29. Wybór MVP VIII SuperFinału mógł być tylko jeden – został nim Jamal Schulters, autor wszystkich przyłożeń dla nowych mistrzów Polski.

2014

To kolejny przełomowy rok dla polskiego futbolu. Po latach rywalizacji, przepychanek między sobą i nieudanych prób przeprowadzenia fuzji, wrocławskie siły wreszcie zostały połączone. Na świat powołani zostali Panthers Wrocław, którzy z automatu zostali uznani za głównych faworytów do wywalczenia tytułu mistrzowskiego. Wszystko szło zgodnie z planem aż do meczu finałowego. Zarówno „Pantery”, jak i Seahawks przystąpili do finału rozgrywanego na Stadionie Miejskim w Gdyni z bilansem 8-2. W sezonie zasadniczym raz wygrali Panthers, raz Seahawks. Mimo zapowiadanych lat dominacji, to „Jastrzębie” wspierane dopingiem gdyńskich kibiców okazały się w finale o wiele lepsze od rywali z Dolnego Śląska. W pierwszej kwarcie, podobnie jak rok wcześniej akcji punktowych nie oglądaliśmy, a druga część meczu to całkowita kontrola nad spotkaniem gdynian, którzy posiadali piłkę przez ponad 9 z 12 minut tej części spotkania. Minimalne prowadzenie Seahawks 7:6 sprawiło jednak, że kwestia mistrzostwa cały czas była otwarta. W pierwszej połowie punktowali Tunde Ogun i kopnięciem Jakub Fabich dla gospodarzy oraz Tomasz Dziedzic po stronie wrocławian. Po powrocie z szatni „Jastrzębie” zdołały wreszcie swoją lepszą postawę pokazać na tablicy wyników. Przyłożenia Lance’a Kriesiena oraz dwa Tunde Oguna i trzy podwyższenia kopnięciem Pawła Fabicha sprawiły, że mimo touchdownu Grzegorza Mazura, coraz bardziej stawało się jasne, że Panthers Wrocław w swoim pierwszym roku istnienia nie sięgną po mistrzostwo, a trofeum pozostanie w Gdyni. Początek czwartej kwarty tylko potwierdził te przypuszczenia. Maciej Suchanowski spowodował fumble młodego rozgrywającego wrocławian Bartosza Dziedzica, a piłkę w polu punktowym rywali nakrył Tomasz Biały i Seahawks prowadzili już 35:12. Mimo że ostatnia część meczu punktowo wyglądała lepiej dla „Panter”, przyłożenia Marka Philmore’a, Jamala Schultersa i Tomasza Dziedzica oraz dwupunktowe podwyższenie Philmore’a nic nie dały, bowiem gdynianie w międzyczasie odpowiedzieli jeszcze kolejnym udanym biegiem MVP meczu finałowego Tunde Oguna. Wynik 41:32 dla Seahawks Gdynia nie pozostawił złudzeń, kto bardziej zasłużył na mistrzostwo Polski.

2015

Przed X SuperFinałem jeszcze więcej kibiców mówiło, że to będzie „ten rok”. Podstawy do takich słów były bardzo solidne – komplet 10 zwycięstw Panthers w sezonie zasadniczym, w tym dwa wysokie triumfy nad Seahawks, półfinałowe rozgromienie Warsaw Eagles 47:9, a także mecz finałowy rozgrywany na Stadionie Wrocław na oczach 14-tysięcznej publiczności. Co mogło pójść nie tak? A jednak, ponownie świetną trenerską robotę wykonał Maciej Centnerowski wraz z wieloma swoimi współpracownikami, jak między innymi Maciej Siemaszko, Daniel Piechnik (obecnie będący trenerem głównym Bydgoszcz Archers, którzy w sobotę wystąpią w Polish Bowl XVI), Franz Klein, Klaudiusz Cholewiński, czy Luke Zetazate. To oni stali się – mniej lub bardziej – cichymi bohaterami jubileuszowego, dziesiątego starcia o mistrzostwo Polski. Pierwsze sekundy finału ułożyły się po myśli Panthers, co tylko podbudowało ich pewność siebie i przekonanie o zdecydowanej wyższości nad „Jastrzębiami”. Wynik otworzył po dalekim podaniu Kyle’a Israela Grzegorz Mazur, który zameldował się w polu punktowym Seahawks zaledwie 14 sekund po gwizdku rozpoczynającym mecz. Podwyższył Dawid Pańczyszyn, który w tej samej części meczu kopał z pola, lecz został zatrzymany przez rywali. To właśnie defensywa stanowiła ogromną siłę gdynian, bowiem autorem przyłożenia, dzięki któremu do przerwy mieliśmy remis 7:7 został Arkadiusz Cieślok. Dokonał tego chwilę po interception Krzysztofa Tomczaka, który sprawił, że Panthers przeszli do ataku blisko własnego pola punktowego. W ataku wrocławianie dopuścili się jednak fumble, po którym „bezpańską” piłkę przechwycił Cieślok i przebiegł kilka jardów do pola punktowego. Do remisu doprowadziło po chwili kopnięcie Jakuba Fabicha. W trzeciej kwarcie na prowadzenie dzięki touchdownowi Tomasza Dziedzica powrócili gospodarze. Skrzydłowy wrocławian popełnił jednak niedługo później kosztowny błąd, dotykając piłkę po puncie, co umożliwiło odzyskanie jej przez Lamonte Gaddisa, a w konsekwencji pozostanie Seahawks w ataku. Nie minęło wiele czasu, a bieg Angelo Pease’a sprawił, że „Jastrzębie” zdołały wyrównać. Kluczem do zwycięstwa podopiecznych Macieja Cetnerowskiego okazała się czwarta kwarta. Przyłożenie zanotowali w niej Micah Brown i Angelo Pease, wybranego MVP tego meczu i choć Panthers odpowiedzieli touchdownem Tomasza Dziedzica, nie starczyło im już czasu na odrobienie strat i to Seahawks Gdynia triumfowali 28:21.

2016

To co nie udało się Panthers w 2014 i 2015 roku, stało się faktem dopiero w 2016. Wówczas wrocławianie wzięli srogi rewanż za dwa przegrane finały z rzędu, nie dając już najmniejszych szans gdynianom. Dodatkowej motywacji dał wrocławianom fakt, iż jeden mecz z Seahawks w sezonie zasadniczym minimalnie przegrali. Na Stadionie Miejskim w Białymstoku kibice oglądali finał zakończony największą różnicą punktową w historii. Wystarczy wzpomnieć, że w momencie, kiedy w końcówce trzeciej kwarty Jakub Mazan wbiegał w pole punktowe, zdobywając pierwsze przyłożenie dla drużyny z Gdyni, na tablicy wyników widniało już 49:0 dla Panthers Wrocław. Trzy przyłożenia zanotował Rickey Stevens, a po jednym touchdownie dorzucili Tomasz Dziedzic, Patryk Matkowski, Wiktor Zięba i Steven White, wybrany później MVP XI SuperFinału. W czwartej kwarcie Stevens dorzucił jeszcze swój czwarty bieg w pole punktowe i mimo, że ostatnie słowo w tym starciu finałowym należało do Seahawks, to touchdown Gawła Pilachowskiego i celne podwyższenie Przemysława Portalskiego jedynie zmniejszyły rozmiary i tak bardzo okazałego triumfu Panthers Wrocław. 56:13 i to w starciu o mistrzostwo musiało robić wrażenie. „Pantery” w trzecim roku gry wreszcie sięgnęli po trofeum, rozpoczynając tym samym swoją drogę do miana najbardziej utytułowanego polskiego klubu w historii.

2017

Rok później pod wieloma względami oglądaliśmy niemal kopię XI SuperFinału. Zmieniła się jednak lokalizacja – już nie w Białymstoku, a na stadionie Widzewa w Łodzi Panthers ponownie nie dali szans „Jastrzębiom”. Pierwsza połowa mogła jeszcze dać nadzieję sympatykom gdynian, bowiem w pierwszej kwarcie na przyłożenie Timothy’ego Morovicka odpowiedział Paweł Fabich, a po zmianie stron Seahawks zdołali nawet wykorzystać ofensywny błąd obrońców tytułu, notując touchdown Arkadiusza Cieśloka, którego w akcji w finale po raz kolejny zobaczymy w sobotnim Polish Bowl XVI. Do przerwy było 14:14, bowiem w polu punktowym zameldował się Adam Nelip. Przerwa wyraźnie zmobilizowała „Pantery”, które nie chciały dopuścić do tego, by wygrana wymknęła im się z rąk. Druga połowa przebiegała już pod ich całkowite dyktando. W trzeciej kwarcie dwukrotnie zapunktował Timothy Morovick i mimo że dla Seahawks touchdown wywalczył Paweł Henicz, to dzięki celnemu podaniu Morovicka do Wiktora Zięby i udanemu podwyższeniu Adama Nelipa, na ostatnią część meczu finałowego Panthers wyszli z prowadzeniem 34:21. Trzy przyłożenia były tamtego dnia kresem możliwości podopiecznych Macieja Cetnerowskiego, a „Pantery” dążyły do tego, by porażka w finale jak najbardziej zabolała gości znad morza, udowadniając tym samym, że zawodnicy ekipy z Dolnego Śląska wcale nie mają słabej psychiki. W czwartej kwarcie w endzone z piłką wbiegli jeszcze Deante Battle, Konrad Starczewski i Timothy Morovick. Finalnie, różnica punktowa okazała się niewiele mniejsza od tej z meczu o złoto z 2016 roku. 55:21 i tytuł MVP dla Morovicka sprawiły, że wielu kibiców miało już niemal pewność, że Panthers Wrocław z tak świetnym rozgrywającym na następne lata zdominują krajowe rozgrywki, seryjnie sięgając po mistrzostwa Polski. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna, bowiem już rok później w stolicy Dolnego Śląska nie było ani pucharu, ani Morovicka.

2018

To kolejny pod pewnymi względami „przełomowy” rok w polskim futbolu, bowiem wszyscy kibice, którzy w ostatnich latach bacznie śledzili futbolowe zmagania, doskonale pamiętają jak wyglądał sezon 2018. A właściwie sezony, bowiem równolegle toczona była rywalizacja o mistrzostwo zarówno w Toplidze, jak i nowopowstałej LFA1. A to oznaczało także dwa finały. Pewne rzecz wydawała się jednak niezmienna – to Panthers Wrocław mieli być murowanym faworytem do sięgnięcia po mistrzostwo. I tak właśnie było, lecz do czasu. Podopieczni Nicka Johansena do finałowej rywalizacji na Stadionie Olimpijskim we Wrocławiu przystąpili osłabieni brakiem obu Amerykanów. Timothy Morovick i Desmond Cooper odeszli z Panthers po sezonie zasadniczym i o ile w półfinale na Tychy Falcons gra w całości polskim składem wystarczyła, o tyle w Polish Bowl III poprzeczka była już postawiona znacznie wyżej. Tam bowiem czekali wyjątkowo zmotywowani Lowlanders Białystok, którym wreszcie udało się wygrać półfinałowe starcie z Seahawks Gdynia. Sam udział w finale „Ludzi z Nizin” jednak nie satysfakcjonował. Białostoczanie mieli świadomość, że istotne osłabienia Panthers to dla nich ogromna szansa. W meczu o złoto łatwo jednak nie było. To wrocławianie grający na swoim obiekcie jako pierwsi zapunktowali. Akcją biegową wynik otworzył Mateusz Szefler, a po chwili kibice oglądali jedną z kluczowych dla końcowego wyniku akcję. Próba podwyższenia Dawida Pańczyszyna została bowiem zablokowana i Panthers prowadzili tylko 6:0. To sprawiło, że jeszcze przed zejściem do szatni Lowlanders potrafili nie tylko wyrównać, ale także objąć minimalne prowadzenie. W endzone przebił się rozgrywający Ryan Kasdorf, a jedno „oczko” dołożył Bartłomiej Trubaj. Wrocławianie po przerwie błyskawicznie zdołali powrócić na prowadzenie. Efektowną, 77-jardową akcją biegową popisał się rozgrywający Bartosz Dziedzic, a tym razem celnie podwyższył Pańczyszyn i wydawać się mogło, że wszystko powoli wraca do normy. Nic bardziej mylnego. „Pantery” bowiem nie tylko nie poszły za ciosem notując kolejne przyłożenia, ale także nie zdołali uchronić się przed stratą punktów. W czwartej kwarcie ponownie w endzone wbiegł Kasdorf i ponownie za jeden punkt kopnął Trubaj. To oznaczało wynik 14:13 dla gości z Białegostoku, którzy nie dopuścili do kolejnych strat i mogli cieszyć się z pierwszego w swojej historii mistrzostwa. Mecz finałowy nie obfitował w wiele akcji punktowych, dlatego nie może dziwić iż tytuł MVP finału powędrował do reprezentanta obrony białostoczan – Daniela Tarnawskiego.

Tego samego dnia na arenie zmagań o tegoroczne mistrzostwo Polski, czyli na stadionie w Ząbkach zmierzyły się dwa najlepsze kluby PLFA – Warsaw Eagles oraz Kozły Poznań. „Orły” były murowanym faworytem tego pojedynku i nie zawiodły. Po przyłożeniu Christophera Jeffrey’a oraz podwyższeniu i kopnięciu z pola Filipa Twardowskiego do przerwy warszawianie prowadzili 10:0, a w trzeciej kwarcie podwyższyli je o kolejnych sześć punktów. Tym razem Jeffrey podawał, a w polu punktowym zameldował się z piłką Piotr Pamulak. Touchdown Mateusza Patalasa, którego w Ząbkach zobaczymy na boisku ponownie w tę sobotę, już w barwach Tychy Falcons, nie dał wiele Kozłom. W tej samej części ponownie field goalem popisał się bowiem Twardowski, a w ostatniej kwarcie swoje przyłożenia dołożyli też Jack Marton i Aleksander Kawiarowski. Patalas mógł tylko zmniejszyć rozmiary porażki na 12:33, po raz drugi tego dnia wbiegając z piłką w endzone po podaniu Patryka Barczaka. MVP tego finału uznany został rozgrywający Eagles, Christopher Jeffrey.

2019

Rok 2018 na szczęście pozostał jedynym, w którym oglądaliśmy dwa mecze finałowe. W 2019 na tron po roku przerwy ponownie wskoczyli Panthers Wrocław. Na Stadionie Olimpijskim obrali sobie za cel zrewanżowanie się Lowlanders Białystok za porażkę niecały rok wcześniej. Tym razem „Panthers” mogli się w finale pochwalić amerykańskim rozgrywającym i to nie byle jakim. Tony Dawson od początku swojego pobytu w Polsce zachwycał kibiców swoją grą, zarówno podaniową, jak i biegową i w Polish Bowl XIV stanął on na wysokości zadania. Druga z rzędu finałowa potyczka z „Ludźmi z Nizin” nie była jednak wcale „spacerkiem” dla ówczesnych wicemistrzów. To Lowlanders jako pierwsi zdołali bowiem wywalczyć touchdown za sprawą udanej akcji Rexa Dausina. W drugiej kwarcie przyłożeniem odpowiedział jednak Przemysław Banat, uznany później MVP Polish Bowl XIV. Drugą połowę obie drużyny rozpoczynały z remisem 7:7, co zapowiadało jeszcze wiele emocji. Panthers upragnione prowadzenie objęli dopiero w końcówce trzeciej kwarty po udanej akcji biegowej Tonego Dawsona. Trwało ono bardzo krótko, bowiem po kickoffie znakomitą akcję powrotną zaprezentował Rafał Królewski i w ostatnią odsłonę meczu finałowego wchodziliśmy z remisem 14:14. W niej punktowali już jednak tylko gospodarze. Akcje podaniowe przyniosły „Panterom” przyłożenia Benjamina Barnes’a oraz Kacpra Fiedziuka i tym razem niespodzianki już nie było – trofeum przeszło w ręce mistrzów z Wrocławia.

2020

Pomimo wybuchu pandemii, ubiegłoroczny sezon udało się rozegrać. Mimo wyjątkowych okoliczności, wiele czynników nie uległo zmianie. Ponownie na Stadionie Olimpijskim, już po raz trzeci z rzędu zmierzyli się Panthers z Lowlanders. Finał wyjątkowo musiał odbyć się na jesieni i tym razem „Panterom” udało się pokonać „Ludzi z Nizin” grając z Bartoszem Dziedzicem na pozycji rozgrywającego. Polak zanotował zresztą świetny występ, zgarniając nagrodę dla MVP tego pojedynku. To Piotr Gołacki rozpoczął jednak w tym starciu punktowanie, dwukrotnie celnie wykonując field goal. W pierwszej kwarcie gospodarzom udało się także zaliczyć touchdown Ryana Tuiasoy i celne podwyższenie Gołackiego. Po zmianie stron Brandon Gwinner zapewnił Lowlanders kontaktowe przyłożenie. Na jeden touchdown gości, podopieczni Jakuba Samela odpowiedzieli w pierwszej połowie jeszcze dwoma podaniowymi przyłożeniami. Najpierw celnym dograniem Bartosz Dziedzic „obsłużył” Przemysława Banata, a niedługo później także Wiktora Ziębę. Wciąż celnie podwyższał Piotr Gołacki i do szatni wrocławianie zeszli prowadząc 27:6. Po przerwie obraz gry nie uległ zmianie. W trzeciej kwarcie dwa przyłożenia zanotował Jakub Mazan i na 12 minut gry przed końcem obrońcy tytułu prowadzili już 41:6. Czwarta kwarta rozpoczęła się od touchdownu biegowego Brandona Gwinnera, lecz ostatnie słowo i tak należało do Damiana Kwiatkowskiego, który zanotował przyłożenie po 35-jardowym biegu oraz Piotra Gołackiego, który celnym podwyższeniem ustalił wynik finałowej rywalizacji na 48:12.

2021

O tym jak będzie wyglądał tegoroczny finał przekonamy się już jutro. Na Dozbud Arenie w Ząbkach w sobotę 17 lipca o godzinie 14:00 zmierzą się ze sobą Bydgoszcz Archers i Tychy Falcons. Bilety na to starcie można kupić TUTAJ, natomiast transmisja na żywo na Kanale Sportowym Extra zostanie przeprowadzona pod TYM LINKIEM.

Translate »
Halftime.pl Kontakt z redakcją
Wyślij