XFL 2020 – czy liga wiosenna ma rację bytu?

W sobotę 8 lutego, tydzień po LIV Super Bowl, wystartował inauguracyjny sezon futbolowej ligi wiosennej XFL. Dzisiaj, kiedy mamy za sobą pełen miesiąc rozgrywek, czas na pierwsze podsumowania.

XFL to przedsięwzięcie biznesowe, którego powołaniu przyświeca idea zaspokojenia amerykańskiego zapotrzebowania na futbol w okresie, niemal tradycyjnie zarezerwowanym dla innych dyscyplin sportu. Kalendarz NFL jest doskonale ustabilizowany. W sierpniu możemy spodziewać się meczów przedsezonowych. Od września do końca roku śledzimy sezon zasadniczy. W styczniu jesteśmy świadkami rywalizacji w playoffs, a Super Bowl rozgrywany jest w pierwszy weekend lutego. Chwilę po jego zakończeniu social media obiegają wszystkie wersje mema z samotnym i tęskniącym Pablo Escobarem. Amerykańscy fani futbolu muszą pogodzić się z faktem, że po raz kolejny przyjdzie im się zmierzyć z ponad półrocznym wyczekiwaniem na start rozgrywek. Nie ma się co dziwić, że w głowach coraz to większej ilości wizjonerów rodzą się pomysły, jak skutecznie zagospodarować tę pustkę i przyciągnąć uwagę kibiców w czasie futbolowego „sezonu ogórkowego”. Wydaje się, że liga wiosenna jest naturalnym i idealnym rozwiązaniem. Okazuje się jednak, że nie jest to takie oczywiste.

XFL to dziecko potentata biznesowego, Vince’a McMahona, który swoją fortunę zbudował w złotej erze popularności wrestlingu. Właściciel WWE zdołał zgromadzić sporo futbolowych doświadczeń, kiedy przed osiemnastoma laty próbował wprowadzić XFL na rynek po raz pierwszy. W roku 2001 marketing „oryginalnej XFL” był w dużej mierze oparty na pomysłach rodem z wrestlingu. Pozwoliło to na zbudowanie potężnego zainteresowania i wielkich oczekiwań w stosunku do ligi wiosennej. Niestety sam produkt sportowy nie był tak przyciągający jak jego „opakowanie” i z tygodnia na tydzień cyferki oglądalności, a także sprzedaż biletów topniały w błyskawicznym tempie. „Oryginalna XFL” przyniosła straty na poziomie ponad 30 milionów dolarów i została zawieszona po sezonie działalności. Poprzez szereg powiązań z WWE liga nie była traktowana do końca poważnie, a jej próba jawnego konkurowania z NFL była z góry skazana na porażkę. Mimo to, zdołała pozostawić po sobie szereg udoskonaleń, bez których dzisiaj trudno byłoby sobie wyobrazić najlepszą futbolową ligę świata. Najbardziej efektownym przykładem jest „sky cam”, czyli poruszająca się nad boiskiem kamera, będąca od lat kluczowym elementem relacji z meczów NFL. To rozwiązanie zostało zastosowane po raz pierwszy właśnie w „oryginalnej XFL”.

Choć debiut zamienił się w typowy przykład „epic failure”, to pomysł na ligę wiosenną nie umarł. Wręcz przeciwnie, dojrzewał i czekał na właściwy moment na kolejną próbę. Potencjał związany ze startowymi rezultatami oglądalności XFL musiał rozbudzać wyobraźnię każdego rekina biznesu. Partnerem Vince’a McMahona przy okazji „oryginalnej XFL” był producent stacji NBC Dick Ebersol. Po blisku 18 latach miał on równie wielką rolę we wiosennym projekcie swojego syna, Charliego. AAF – The Alliance of American Football – doskonale wiemy, jak to się skończyła. Na wieść o planowanej reaktywacji XFL, jej konkurencja postanowiła uprzedzić rywala. AAF została powołana błyskawicznie i choć marketingowo radziła sobie nieźle, to szybko okazało się, że pośpiech mający na celu wyprzedzenie XFL nie był dobrym doradcą. Idealne otwarcie udało się zaliczyć za sprawą akcji z meczu San Antonio Commanders vs San Diego Fleet. Rozgrywający drużyny z zachodniego wybrzeża stracił w niej kask po demolującym ciosie defensora z Teksasu. Zagranie obiegło viralowo futbolowy internet i zapewniło AAF solidną dawkę hype’u na starcie.

Niestety dla AAF hype to nie wszystko. The Alliance nie miała solidnego fundamentu finansowego i bardzo szybko zaczęły dawać o sobie znać braki w tym aspekcie. Już w drugim tygodniu rozgrywek pojawiły się plotki o opóźnieniach w wypłacaniu pensji zawodnikom. Ebersol zareagował na nie decyzją o przyjęciu pomocy od właściciela klubu NHL, Carolina Hurricanes, Thomasa Dundona. Współpraca okazała się być dla ligi „pocałunkiem śmierci”. Dundon zdawał sobie sprawę, że AAF wymaga inwestycji, ale, co nie dziwi, chciał na niej przede wszystkim zarobić. Brak umów z kluczowymi partnerami telewizyjnymi sprawił, że oglądalność była daleka od oczekiwanej. Mecze transmitowane na antenie NFL Network przyciągały przed ekrany średnio mniej niż pół miliona widzów, co nie pomagało w zapełnianiu stadionów. Choć kilka klubów (San Antonio, San Diego i Orlando) mogło pochwalić się niezłą frekwencją na trybunach, to równie dużo (Atlanta, Arizona, Salt Lake City) miało poważne problemy z osiągnięciem średniej 10 tysięcy widzów na meczach domowych. Po trzech miesiącach rywalizacji, przed startem dziewiątej kolejki rozgrywek, Dundon uznał, że nie zamierza tracić więcej pieniędzy i podjął decyzję o zawieszeniu działalności ligi. W praktyce był to przedwczesny koniec AAF. The Alliance nie dotrwała do playoffs swojego inauguracyjnego sezonu.

W międzyczasie XFL obserwowała rozwój sytuacji, wyciągała wnioski i przede wszystkim, zwiększała intensywność przygotowań do swojego debiutu. Fiasko kolejnego wiosennego przedsięwzięcia futbolowego nie zraziło Vince’a McMahona. Przez lata robił wszystko, aby zgromadzić imponujący potencjał finansowy, mający w pełni pokryć startowe wydatki nowej ligi. Chce przeznaczyć na rozwój „swojego dziecka” fortunę sięgającą, według różnych źródeł od 300 do 500 milionów dolarów. Rolę komisarza reaktywowanej XFL powierzył Oliverowi Luckowi, który ma na swoim koncie doświadczenia organizacyjne z NCAA oraz NFL Europe. Dodatkowym smaczkiem jest fakt, że nowy komisarz jest ojcem nie tak dawnego rozgrywającego Colts, Andrew Lucka. Nowa XFL od samego początku robi wszystko, aby odciąć się od wrestligowego wizerunku swojej poprzedniczki. Jej idea zawiera się w haśle „for the love of football”. Sztuczna otoczka została ograniczona do minimum, a to wszystko w celu wyeksponowania gry samej w sobie. Oglądając transmisje z meczów możemy przysłuchać się w jaki sposób trenerzy wywołują kolejne zagrywki, jak sędziowie komunikują się przy okazji kontrowersyjnych decyzji, a także co czują gracze bezpośrednio po kluczowych zagraniach. Udzielanie wywiadu chwilę po tym, kiedy rzuciło się przechwyt nie jest z pewnością dla zawodnika komfortowe, ale z drugiej strony euforia po genialnej akcji jest elektryzująca. Kibic czuje się jakby stał obok drużyny przy linii bocznej. To musi przyciągać uwagę.

Uwagę przyciągają również zmiany w przepisach mające na celu przyspieszenie oraz uatrakcyjnienie rozgrywki. Prawdziwą furorę robi kickoff, który w przeciwieństwie do NFL, praktycznie zawsze kończy się akcją powrotną, a do tego jest zdecydowanie bezpieczniejszy. Brak kopnięć po przyłożeniach został zastąpiony opcją gry za 1, 2 lub 3 punkty, a szereg pozostałych innowacji bardzo pozytywnie wpływa na tempo rozgrywki. (z kompletem korekt w przepisach można zapoznać się na stronie xfl – https://www.xfl.com/en-US/rules przyp. red.). XFL zadbała o odpowiednią ekspozycję telewizyjną, która przyciąga bardzo zadowalającą liczbę widzów. Zgodnie z oczekiwaniami weekend otwarcia mógł pochwalić się najlepszymi cyferkami. Na uwagę zasługuje jednak fakt, że żaden z meczów pierwszych czterech kolejek nie zaliczył oglądalności niższej niż milion widzów. 16 dotychczas rozegranych spotkań przyciągnęło przez telewizory skumulowaną liczbą ponad 30 milionów oglądających i jest to rezultat trzykrotnie lepszy od wygenerowanego przed rokiem przez 8 kolejek AAF. Frekwencja na trybunach również nie zawodzi. 16 dotychczasowych meczów odwiedziło blisko 300 tysięcy kibiców, co daje średnią bliską 20 tysiącom fanów na każdym ze spotkań. Stawce najbardziej lubianych klubów przewodzą drużyny z St. Louis oraz Seattle. Nieco poniżej oczekiwań prezentują się Los Angeles i Nowy Jork, które jako jedyne pod względem średniej sprzedanych biletów nie przekraczają bariery 15 tysięcy w skali meczu. Stabilizacja finansowa i kibicowska rozbudzają nadzieje, że tym razem liga wiosenna zdoła przetrwać. Nie wszystko jest jednak idealne.

Każdy nowy produkt potrzebuje czasu, aby osiągnąć pełnię swojej wartości. Wszyscy wiemy doskonale jak ważne w futbolu jest zgranie, a stworzenie dobrze naoliwionej drużynowej maszyny to skomplikowany proces. Amerykanie siłą rzeczy porównują jakość gry w XFL, do tej którą znają doskonale z NFL. Jak nietrudno się domyślić, zwycięzca bezpośredniego starcia może być tylko jeden. Każdy z 32 klubów NFL wydaje na swoich zawodników w sumie blisko 200 milionów dolarów w skali roku. W XFL drużynowy salary cap jest na poziomie 4 milionów dolarów. NFL tworzą najlepsi i najbardziej utalentowani atleci na świecie. W XFL gwiazdami są gracze, którzy z różnych przyczyn wśród najlepszych nie zdołali się utrzymać. Z perspektywy futbolu amerykańskiego na starym kontynencie oglądanie jednej i drugiej ligi sprawia porównywalną frajdę. Nie jest tajemnicą, że na krajowych boiskach możemy pomarzyć o poziomie zbliżonym do XFL. Z drugiej strony rozpuszczonym wyjadaczom za wielką wodą nie do końca pasuje tempo gry, poziom talentu szczególnie wśród rozgrywających, ilość niezłapanych podań, a także ewidentnie popsutych indywidualnych zagrań w defensywie. XFL nie powiela błędu sprzed lat i nie zamierza być bezpośrednią konkurencją dla NFL. Trudno uciec jej jednak od porównań, a w tych zawsze wypadać będzie blado.

Pomimo powyższych problemów XFL broni się przed krytyką zdecydowanie skuteczniej, niż jej wiosenne poprzedniczki. Inauguracyjny miesiąc rozgrywek upłynął bez przeszkód i zakłóceń. Nic nie wskazuje na to, aby XFL musiała zmagać się z historiami, których natężenie pogrzebało AAF. Nowa liga może pochwalić się zainteresowaniem porównywalnym z NBA, a więc zdecydowanie przewyższającym to generowane przez NHL, czy MLS. Czy to wystarczy, aby się utrzymać? Oliver Luck zapowiada, że liga już teraz myśli o korektach i usprawnieniach na kolejne sezony. Media społecznościowe co rusz obiegają plotki o potencjalnych nowych drużynach, jakie do rywalizacji mogą dołączyć w przyszłości. Stawiając sport na pierwszym miejscu, konsekwentnie grając i pracując „for the love of the game” wydaje się, że XFL tym razem postawiła na optymalną strategię. Całego przedsięwzięcia trudno nie odbierać pozytywnie. Polski fan nie ma przerwy od futbolu pomiędzy amerykańskim, a krajowym sezonem. Na dobrą sprawę może teraz doświadczać swojej ulubionej dyscypliny przez cały, okrągły rok. Liga wiosenna to od lat marzenie skazywane na porażkę. XFL rozbudza nadzieje i sprawia, że pechowa łatka na stałe przyspawana do wiosennego futbolu może w końcu zniknąć. Kibice w St. Louis zdążyli zatęsknić za Rams i niesamowitym entuzjazmem przywitali Battlehawks. Jeśli ich zaangażowanie rozprzestrzeni się wzorem popularnego wirusa z koroną, to XFL zostanie z nami na długo. Mamy czym się pasjonować w przerwie pomiędzy Super Bowl, a startem sezonu w Polsce. I niech tak zostanie. „For the love of the game”.

Leave a Reply

Translate »
Halftime.pl Kontakt z redakcją
Wyślij